środa, 7 grudnia 2016

Rozdział I

To był ostatni kawałek chleba. Venian zaczął wolno odrywać kawałeczki świeżo skradzionej kromki. Był głodny, ale nie mógł zjeść jej od razu. Ma mu starczyć na cały dzień. Rozejrzał się po brudnej, zapomnianej uliczce Daroton. Wiedział, że będzie musiał się przenieść, jeśli straż zacznie go szukać. Może uda mu się jeszcze coś podwędzić? Kto wie? Życie jest pełnie niespodzianek. Zwłaszcza tych nie do końca przyjemnych. Mimo to dziękował w duchu za ten zaułek bez innych bezdomnych. Ci zapewne rozerwaliby go za ten mały kawałek chleba. Całe dzieciństwo na ulicy nauczyło go dwóch zasad - Pierwsza: Przetrwaj, nawet kosztem innych, druga: Pomagaj tym, którzy pomagają tobie. Szybko nałożył starą czapkę, którą udało mu się znaleźć w tamtą zimę. W jednym gryzie dokończył swój posiłek i wychodził. 
Prawie wyszedł. 
Właściwie, zrobił tylko jeden krok i złapał się za głowę. Czuł ostry, nieprzerwany ból, jakby ktoś przebijał mu głowę dłutem. Syknął pod nosem i zaklną. Słyszał o Czarnej Śmierci, ale przecież nie miał styczności z zarażonym, prawda? Podobno zarażeni wywożeni są na wyspę, gdzie umierają w zapomnieniu. Inni paleni są, ale to mniej wygodna wersja. Arystokraci nie chcą, aby ich miasto cuchnęło palonym trupem, więc albo robią to za lasem, albo wywożą na wyspę. 
Jeśli jest zarażony, to co się z nim stanie? Podobno zaraza zabija po trzech godzinach od wystąpienia objawów. Ale to głupota, prawda? Nie jest chory.
Po chwili ból częściowo ustał. Venian wstał, bo musiał. Musiał się przenieść, aby przeżyć. Aby przetrwać. Wyszedł na tętniącą życiem ulicę, gdzie przechadzały się panie w pięknych sukniach, wielkich perukach, a pudrem na ich twarzach można by było wytopić dwie sztabki ołowiu, a nawet trzy miecze.
Panowie natomiast popisywali się swoimi wytwornymi frakami, powywijanymi siwymi perukami i najnowszymi nowinkami technologii. Nagle do głowy Veniana przyszła pewna myśl. Jeśli już umiera, to czemu nie zarazić kilku wyniosłych arystokratów? Ziarenko goryczy w ich życiu nie zaszkodzi. "Bo kto nie zazna goryczy na ziemi, ten nie dozna słodyczy w Niebie"
Podszedł więc do pierwszej lepszej pani w wielkiej, falbaniastej, zielonej sukni. Złapał ją i słodkim, niewinnym głosikiem powiedział.
-  Z głodu umieram,
 śmierć w oczy patrzy,
 czy poratujesz mnie chlebem z masłem?
Odpowiedzi były do przewidzenia.
- Zostaw mnie, pobrudzisz mi suknie!
- Śpieszę się, nie przeszkadzaj.
- Nie masz nic innego do roboty, człowieczku? 
- Zostaw porządnych ludzi w spokoju i uczep się ludzi swojego pokroju!
 Jednak jedna kobieta w pomarańczowym żakiecie zareagowała całkowicie inaczej, czego Venian całkowicie się nie spodziewał.
- Dziecko drogie, chleba tylko chcesz? - powiedziała zatroskanym głosem i pochyliła się nad chłopakiem. Sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła haftowaną portmonetkę, po czym dała ją chłopakowi. Venian stał zamurowany.
- Przepraszam, ale się śpieszę - powiedziała i otworzyła drzwiczki od karocy, która stała obok.
- Jak się nazywasz, o Pani? - zdążył rzucić blondyn, który wyrwał się ze stanu odrętwienia.
- Doloris - odpowiedziała kobieta i uśmiechnęła się  zza szyby.
Powóz odjechał, a Venian nadal stał w tym samym miejscu. Zrobiło mi się głupio. "Jeśli ona umrze," pomyślał "to ja sobie tego nigdy nie wybaczę, nawet po śmierci". Chłopak dopiero po chwili przypomniał sobie o jej prezencie. Szybko otworzył portmonetkę. Było w niej pieniędzy więcej, niż blondyn widział w całym swoim życiu. Był też doszyty kawałek materiału, a z kolei na nim wyszyte było "Własność Doloris la Propriété". Podziękował jej w duchu i pobiegł do najbliższego straganu kupić sobie kolacje.

***
Tej nocy Venian nie mógł spać. Bardziej niż zwykle. Ból nasilał się coraz bardziej. Był nie do zniesienia. Chłopak przewracał się z boku na bok, ale to nic nie pomagało. Teoretycznie mógł sobie kupić jakieś lekarstwa, ale po co? Pieniędzy może już do jutra nie starczyć. Więc wił się w potwornych męczarniach, a ból z głowy przeniósł się na całe jego ciało. Czy tak ma wyglądać jego koniec? Nagle nastąpił największy atak bólu. Czuł, jakby tysiące małych igieł nagle wychodziły z jego wnętrzności. Nie wytrzymał - krzyknął z bólu. Krzyczał, jakby obdzierali go ze skóry, a później obsmarowali solą. Krzyczał, zdawało się, całą wieczność. Oblała go całkowita jasność, i nagle...
Koniec. Ból skończył się tak nagle, jak nastąpił. Światło zniknęło. Chłopak drgał i czuł zmęczenie każdego z jego mięśni, jakby na chwilę zastąpił Atlasa i dźwigał niebo. Otworzył oczy i wstał. Pomimo tego, że był środek nocy, on wstał. Nie wiedział, dlaczego. Może chciał sprawdzić, czy nadal żyje? Nie wiadomo. Ale gdy tylko się rozejrzał, poczuł, że coś jest nie tak. 
Venian uznał, że jednak umarł. Po niebie latały dziwne stwory - od uskrzydlonych (dosłownie) ludzi, po gryfy i orło-węże. Na ulicach również były dziwne stworzenia, a z każdej strony słychać było odgłosy rozmów. Istoty znikały i pojawiały się na przemian. 
Szczęka opadła Venianowi do samej ziemi. Nie wiedział, co powiedzieć, a w dłoni ściskał aksamitną portmonetkę od Doloris. 
- Ehhh... - chłopak niespodziewanie usłyszał niski, męski głos, mówiący jakby do siebie - Ludzkość to skupisko nędzy i zarazy.
Chłopak szybko odwrócił się w stronę głosu.
- Co do... - upadł na ziemię. On i rozmówca mierzyli się wzrokiem. Kto był bardziej zaskoczony - nie wiadomo. Bo te słowa wypowiedział... kot.
Czarny kot. Czarny kot z świecącymi, żółtymi oczami. Wpatrywał się zdumiony w Veniana.
- Ty... mnie widzisz? - zapytał się chłopaka.
- CZYM TY JESTEŚ!?!
- O to samo mogę zapytać ciebie. Jesteś zaklinaczem?
Venian spojrzał pytająco na kota.
- Że kim?
- Widzisz Duchy, tak?
- Ymmm... Nie mam pojęcia - przyznał blondyn.
- Eghhhh... NAS - kot uniósł głos zniecierpliwiony, po czym podskoczył i zaczął płynąć w powietrzu - Duchy
Chłopak tylko przytaknął.
Duch zamknął oczy, jakby się nad czymś zastanawiał. Cofnął się trochę, i miał już odpuścić, po czym niespodziewanie skoczył na blondynka. Ten próbował się zasłonić, ale... No osłoń się przed Duchem. Powodzenia życzę.
Kot wniknął w Veniana, co było niemal równie przyjemne, co uczucie lodowej rzeźby, która bez oporu wnika we wszystkie twoje narządy. Chłopak stęknął. Przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, lecz nagle wybuchnął białym światłem. I ból powrócił, lecz nie tak silny, jak poprzednio. Rozległ się głośny dźwięk, światło rozpłynęło się. Znowu uczucie lodu, i z niego wyskoczył Duch.
- Teraz jesteśmy połączeni na zawsze. A przy okazji, jestem Shionn.
-*-
Wiem, że krótkie, ale baardzo chciałem już to napisać i wysłać (i nie miałem pomysłu, jak to kontynuować). Spodobało się? Napisz swoją opinię w kom 

6 komentarzy: